Z domu rodzinnego Mamy Marka (tego, który stoi przy moim ostatnim plenerze, z poprzedniego posta) przywiozłam ostatnio cukierniczkę. Okazało się, że to jedna z nielicznych pamiątek po wuju Kazimierzu, bracie Teściowej. Stała na kominku pokryta warstwą kurzu, nijak nie wpisując się w konwencję wnętrza, ale dzięki temu przykuwając mój wzrok z takim zdecydowaniem, że się nie oparłam. Zwinęłam pod pachę i zabrałam do domu. Musiała zagościć tu chociaż na chwilę, chociaż na zdjęciach. Potem oddam, no chyba, że nie będę musiała, bo Mama zrozumie moją wielką potrzebę jej posiadania na stałe ;)
Kolor i forma obłędna. Pamiętam podobne szkło z mieszkania mojej Babci, kieliszki na zielonej nóżce, nigdy nie używane, bo szkoda, bo do dekoracji przecież. Wczoraj przeszperałam jeden z portali aukcyjnych i znalazłam kilka fantastycznych szkieł. Niech no tylko dostanę wypłatę ;)
Miłego dnia Kochani :)
---
Ewa








































