poniedziałek, 11 kwietnia 2016

W biegu...


Kiedy życie nabiera tempa, dobrze mieć kilka gadżetów, które ułatwiają, albo umożliwiają wręcz, choć w minimalnym stopniu, dbanie o siebie. Moim atrybutem są ostatnio: krem do rąk super hiper regeneracyjny, torba na kółkach i wszelkiego rodzaju inne, podręczno- zakupowe gadżety, kubek z kawą na drogę i słoik ze słomką, dzięki któremu pamiętam by pić! 
To niesamowite jak zmieniło się moje życie, rewolucja na całego. Cieszę się każdą chwilą i każdym krokiem na przód.
Czasem tęsknię za wirtualną rzeczywistością, ale tylko czasem. I choć często zmęczenie bierze górę, to bywają takie dni, jak dziś, kiedy mogę nacieszyć się domem, dopieścić go po swojemu, wytarmosić koty,  policzyć tulipany w ogródku, przetrzeć z kurzu torbę z aparatem i obiecać sobie, że jutro przyłożę go wreszcie do oka

Wiosna! czuję w kościach remont ;)
A Wy? Snujecie plany na cieplejsze dni? 
Ściskam Was!
Cudownego dnia!
---
Ewa










Kolorowe słoiki z uszkiem przyjechały do Minty House z rossi.pl

Znajdziecie je tu: KLIK
Teraz w super cenie :)

sobota, 5 marca 2016

Telegraf bistro&cafe

Kilkanaście dni temu zabrałam się za pisanie posta. Zasypiałam nad klawiaturą. Poległam. Dzisiaj mam jeden z nielicznych od miesiąca wolnych wieczorów i zamierzam go domowo celebrować :) Dokładnie 6 lutego razem z moim mężem otworzyliśmy niewielkie bistro w naszym rodzinnym mieście. I dokładnie od 6 lutego dzięki naszym gościom zalewa nas fala pozytywnej energii. I choć pracy jest naprawdę dużo, a snu bywa naprawdę mało, my jesteśmy niesamowicie szczęśliwi, że odwiedza nas tylu ludzi, że jest Im u nas dobrze, że chwalą i że wracają! 
Telegraf bistro&cafe powstał w lokalu, w którym kiedyś była część poczty głównej. W miejscu, gdzie teraz stoi bar, kiedyś zamawiało się rozmowy międzymiastowe, nadawało telegramy i telefaksy. Wielu gości dobrze pamięta te czasy. Bistro mieści się w starej ceglanej kamienicy, w samym centrum naszego zabytkowego Żyrardowa. Jeśli kiedyś będziecie w pobliżu, serdecznie Was zapraszam na kawę z domowym ciastem, ciepłą zupę i kultowe już śląskie kluski z bazyliowym pesto  
Wyspecjalizowaliśmy się z Markiem w wytwarzaniu bezy, która jest hitem i powodem do dumy i radości. Bywa, że jej brak powoduje wzburzenie, bo ktoś przyszedł specjalnie by jej skosztować. Bezę piecze się jednak 2,5 godziny i nasze możliwości są ograniczone.
Nasze rodzinne życie przechodzi istną rewolucję. Bywa jak na poligonie... 
Ale pozytywny odbiór wieeele nam wynagradza :D 
Dzisiaj wyjątkowo zdjęcia autorstwa kogoś innego. Paweł Świątek jest świetnym fotografem, jego zdjęcia podziwiam od lat, a samego Pawła miałam okazję poznać właśnie w Telegrafie. Jest naszym stałym bywalcem. Ostatnio na jednej ze ścian zawisły prace jego autorstwa, dodając wnętrzu tego brakującego ostatniego szlifu, pieprzyku, który czasem trudno zdefiniować, określając potrzeby czy planując wystrój. Ściana stała się prawdziwą galerią sztuki: KLIK Ekspozycje będą się zmieniały, a pokazywane prace można zakupić.





Zarażamy dobrą energią ile się da! Mamy wspaniałych pracowników, a atmosfera pracy powoduje u mnie nieustanne wzruszenie. Niesamowita rzecz się dzieje!




Zachęceni? 
Wpadnijcie jeśli macie po drodze!


Po więcej zapraszam na mój Instagram: @mintyhouse 
Szukajcie zdjęć oznaczonych #telegrafbistrocafe 



Ostatnie foto: Minty House



Dziękuję, że tu jesteście mimo, że mnie nie ma...
---
Ewa



środa, 9 grudnia 2015

Coraz bliżej... Ulubiona Minty marka z rabatem dla Was

Dobry wieczór :)
Jak Wam idą przygotowania do Świąt?  Prezenty zamówione? Pierniki nabierają mocy?
 U nas grudzień to jedno wielkie szaleństwo i nie do końca świąteczne, ale o tym co robię, jak mnie tu nie ma, już wkrótce napiszę dłużej. 
Dom powoli nabiera świątecznych rumieńców. Już pachnie cynamonem i mandarynkami.
Upiekliśmy pierwszą partię imbirowych ciastek. Cieniutkich i chrupiących. Czekają na Święta w puszce, czy doczekają? Pewności brak. Uwielbiam najbardziej te właśnie ciasteczka.  
Za ich delikatność i możliwości wykorzystania na różne sposoby, za każdym razem ze smacznym finałem. Przepis znajdziecie w zeszłorocznym, świątecznym wydaniu Pure Passion 







Im więcej czasu spędzam poza domem, im więcej spraw tzw służbowych muszę ogarnąć, tym bardziej doceniam chwile powrotów. Celebruję przerwy z kawą, na kanapie, otulona, z kotem w nogach. 
15 minut czasem musi wystarczyć na regenerację, by biec (dosłownie) dalej z nową energią i trzeźwą głową.
A od czasu do czasu mogę zrobić dla Was trochę zdjęć.
Jak dziś :)
Motywacją było kilka przedmiotów mojej ulubionej duńskiej marki. Kto mnie zna trochę dłużej, odgadnie bez problemu, że chodzi o markę Ib Laursen
Bardzo bogatą ofertę ich produktów znajdziecie w sklepie sfmeble.pl 
Moje Ibowe skarby testuję na całego od kilku już dni 
Satysfakcja 100% :D 
A do tego mogłam się poczuć jak za starych, dobrych sklepikowych czasów, gdy z drżeniem rąk rozcinałam taśmy i z niepowstrzymywaną radością dziecka, nurkowałam w pudłach.
Stęskniłam się za tym
A Wy?
Jeśli tak to...
mam dla Was niespodziankę :)


Wystarczy użyć hasła

minty-15

a potem spokojnie czekać na paczkę :)
Bawcie się dobrze!



Zwykła, zdawać by się mogło, metalowa tablica z kolekcją haczyków daje mnóstwo możliwości do dekorowania. Moja oparta jest o ceglaną ścianę ale obłędnie może też wyglądać zwieszona poziomo na linkach z sufitu nad stołem. Z bombkami, szyszkami, gałązkami pachnącego świerku. Na pewno wypróbuję i taką wersję, no przecież nie byłabym sobą ;)



Cudownego wieczoru dla Was 
Dekorujcie i nie martwcie się bałaganem ;)  Z tym zawsze się zdąży, a dekorowaniem trzeba się delektować i mieć na nie duuużo czasu
Herbaty?
---
Ewa


Na zdjęciach: 

Biała waga z serii Mynte (dostępna w czterech kolorach): KLIK
Kamienna deska w kolorze czarnym (można pisać po niej kredą): KLIK
Lekki i ciepły pled w kolorze fioletowym: KLIK
Drewniany kalendarz w kolorze czarnym: KLIK
Metalowa tablica/ wieszak z mnóstwem haczyków: KLIK


czwartek, 3 grudnia 2015

Grudzień raz dwa trzy

I mamy go, mamy grudzień i do Świąt coraz bliżej. Kalendarze adwentowe odpalone, odliczamy. Już słychać dzwoneczki...




Zaglądajcie na @mintyhouse Instagram, tam więcej fotek i aktualności 
Zapraszam: KLIK
Uściski!
---
Ewa

sobota, 28 listopada 2015

Świąteczny Minty Kram i DIY x 2

Nie mogło go zabraknąć. 
I choć nie prowadzę już sklepu i nie zaprezentuję produktów na sprzedaż, to tradycji stać się zadość musi.
Odkurzyłam więc dobrze Wam znaną półeczkę, by pokazać na niej co w tym roku ozdobi naszą chatę na Święta. To oczywiście nie są wszystkie dekoracje, które się u nas pojawią, mam upatrzonych kilka fajnych ozdób, które niebawem dotrą do mnie w cudownych przesyłkach. 
Dzisiaj rano, podczas co sobotniej wizyty na lokalnym targowisku, mój ulubiony dostawca jajek zapytał czy chcę zamówić jajka na Święta. Jak to? To już? To niesamowite! Gdzie mi uciekł calutki listopad?! 
Czas przyspieszyć. Na mintyhouse Instagram przypomniałam trochę świątecznych fotek z poprzednich lat. Od dziś postaram się pokazywać tylko nowe. Zaczynam od dziś :)



 Kilka dni tem na naszej kozie ususzyłam plasterki pomarańczy. Nie zawisną jednak na choince, jak lata temu, nie ozdobią też prezentów, jak miewałam w zwyczaju. Zrobiłam z nich pachnącą girlandę. Użyłam złotego, cieniutkiego drucika, na punkcie którego oszalałam, nie wiem czemu, bo to przecież nic takiego, ale jest tak wielofunkcyjny, że obyć się już bez niego nie mogę. W ogóle złoto mnie w tym roku kręci i na pewno zagości u nas wyraźniej. Plastry wysuszonej pomarańczy poprzetykałam drewnianymi koralikami, które pojawią się też pod postacią naturalnych ozdób do zawieszania. Fajna zabawa z tymi kulkami, dają tyle możliwości, że ho ho ho! Przy okazji zrobiłam świerkowe pióra, a wszystko zawisło na porożu (choć jestem przekonana, że tę kontrowersyjną konstrukcję mojego mobila można z powodzeniem wykonać z suchej gałęzi, lub wręcz przeciwnie- zielonej iglastej i pachnącej sosny czy jodły)  





No kochani, krok po kroku, coraz bliżej. Osobiście nie mogę się doczekać. Na ścianach zawisły już świerkowe wianki, lada chwila pojawi się kalendarz adwentowy i odliczanie się zacznie najprzyjemniejsze.


Cudownego wieczoru i leniwej niedzieli!
---
Ewa

czwartek, 12 listopada 2015

Moja Umbria czyli Olive Harvest Retreat part II

  9 lat temu, podczas krótkiej podróży do Rzymu, zakochałam się na zabój we włoskiej kuchni. Znałam ją w polskim wydaniu, ale to jednak nie to samo. Tam poznałam smak rukoli i prawdziwej bruschetty, a po powrocie zakupiłam pierwsze książki o włoskim jedzeniu. Moja rodzina uwielbia pasty, a Ignacy jest wielkim fanem pizzy. Od dawna marzyło mi się by nauczyć się więcej, ale tam, we włoskim domu, od prawdziwej włoskiej gospodyni. 
W trakcie mojego pobytu na farmie Fontanaro w Umbrii, wraz z resztą uczestników spotkania, miałam okazję spełnić to marzenie: niesamowita Alina i jej równie niesamowita Mama pokazały nam na czym oparta jest ta jedna z najbardziej znanych na świecie kuchni. To była dla mnie niezapomniana lekcja i dziś myślę, że nie da się zrozumieć tej kuchni, nie będąc nigdy w jej sercu. 
Kuchnia włoska to kuchnia w 100% relacyjna. Miałam wrażenie, że potrawy powstają tak przy okazji rozmów i spotkań. Ktoś zamiesza, ktoś coś dorzuci. To gotowanie oparte na prostych, ale najlepszych składnikach: organicznej oliwie, pomidorach dojrzewających w Słońcu, warzywach, które można przynieść z przydomowego ogrodu, na ziołach i kwiatach, które zawsze są pod ręką. 
Mama Aliny, Lucia, zabrała nas w podróż po swoim magicznym ogrodzie. W kilka minut zebraliśmy wszystkie potrzebne do przygotowania posiłku składniki. Potem zaczęła się lekcja gotowania. Miałam okazję robić domowe tagliatelle, ravioli, potrawkę z dyni z szafranem, tiramisu. 
Prócz tego miałam okazję próbować wyśmienitej pasty z sosem z anchois, kaparami i suszonymi pomidorami, lekkiej pasty z młodą cukinią i pomidorkami cherry, kilku rodzajów pizzy, moje zmysły rozłożyła na łopatki pizza z cebulą i listkami szałwii, deseru z brzoskwiń i wina, kruchej taryt z domowymi powidłami, grzanek z czosnkiem, pomidorem i produkowaną na farmie oliwą z oliwek. 
To była cudowna uczta i dla kubków smakowych i dla oczu, choć wbrew pozorom, serwując dania, nie przywiązuje się zbyt wielkiej uwagi do dekoracji, bo niby po co ulepszać coś, co jest doskonałe? Po powrocie wróciła mi chęć do gotowania, gotowania, które od wielu miesięcy było moją zmorą. Wyrywało mnie z impetem od innych zajęć powodując, że do kuchni szłam jak na ścięcie. Zaczęło mnie to poważnie martwić, zwłaszcza, że w bliskiej perspektywie to z gotowaniem właśnie ma być związana moja zawodowa praca. Teraz gotuję jak szalona, z pasją i miłością. Chciałabym by tak już zostało. 



Ravioli z potrawką z dyni

Nie będę podawać przepisu na ravioli, na pewno każdy z Was znajdzie go bez trudu w necie wraz ze zdjęciami krok po kroku, a przy okazji dopasuje go do własnych smaków i upodobań. 
Moje ravioli miało nadzienie z twarogu, tymianku, odrobiny oliwy z oliwek, soli i pieprzu do smaku
Dyniową potrawkę można podawać do zwykłych past bez nadzienia, wypróbowane i jest super, polecam

 Na 6 porcji potrzebujesz:
2 marchewki
dużej cebuli
pora
około 1 kg dyni 
szczyptę szafranu
sól i pieprz do smaku

Na zimną patelnię wlewamy oliwę z oliwek. Wsypujemy drobno pokrojoną cebulę i marchewkę. Lekko solimy i zaczynamy podgrzewać. Gdy warzywa zmiękną dodajemy pokrojonego w półkrążki pora, mieszamy. Możesz dodać odrobinę wody. Po kilku minutach dodajemy pokrojoną w drobną kostkę dynię i sporą szczyptę szafranu, dolewamy pół szklanki wody. Przykrywamy całość od czasu do czasu mieszając, aż do rozpadnięcia się dyni na papkę. Doprawiamy do smaku

Gotowe ravioli łączymy z dyniową potrawką, posypujemy tartym parmezanem, możemy udekorować gałązką tymianku lub garścią posiekanej natki pietruszki

Smacznego :)











Alina i jej uczniowie
Gotowanie z aparatem na szyi to nie lada wyzwanie ;) zwłaszcza przy wyrabianiu ciasta na makaron 





Pięknego dnia!
Cieszcie się z gotowania, wtedy zawsze jest smacznie
---
Ewa